Problemy z harmonią

Mam nieodparte wrażenie, że Chińczycy nadużywają słowa harmonia. Przyglądając się ich konsumpcji spożywczej, można zaryzykować stwierdzenie, że bliżej im do stereotypowego Amerykanina niż wyznawcy Taoizmu. Moja szefowa ma swoją ulubioną historię o różnicy między europejskimi i chińskimi rybakami. Ci pierwsi, żeby odbudowania swoje łowiska, często rezygnują z ich nadmiernej eksploatacji, a czasem wręcz wypuszczają złowione ryby. Chińczycy (wg mojej szefowej) nigdy czegoś takiego by zrobili. W pierwszej kolejności złowili by wszystko co się rusza, a później pozjadali by się nawzajem.

Nie miałbym z tym problemu, gdybym przy tym nie słyszał o słynnej chińskiej harmonii. Dla mnie współczesne Chiny są bowiem wszystkim, tylko nie harmonią. Jeśli weźmie się pod uwagę ogromne dysproporcje w rozwoju poszczególnych miast i regionów. Różnice między Chińczykami z miasta i prowincji. Trudno jest przełknąć formułkę o harmonijnym życiu i rozwoju. Więc może harmonia oznacza tutaj coś innego?

Podobna nieścisłość rzuca się w oczy podczas posiłków. Że chińskie jedzenie jest smaczne i zdrowe, słyszę za każdym razem. Ale problem nie tyle tkwi w jakości, co w ilości spożywanych dań. Regułą jest, że zamawia się zawsze więcej niż można zjeść. Proporcjonalnie do kwadratu więcej do ilości uczestników. Resztki czasem poddaje się procesowi recyklingu, ale w większości, po prostu się wyrzuca. Znowu. Obserwując proces wielkiej marnacji, mam poważne opory z nazwaniem tego harmonią.

Rozmawiałem o tym z kolegą z Tajwanu, który był dużo bardziej krytyczny niż ja. Mówił, że jest zszokowany rozmiarami chińskiej konsumpcji. I nawet jemu, bądź co bądź Chińczykowi, trudno jest się przestawić na tryb kontynentalny. Jego chińscy koledzy w pracy, nie mogli np. zrozumieć, że ma ochotę tylko na jedno piwo lub że nie ma zamiaru jeść do upadłego. Cóż, jeśli o to chodzi, tradycyjne polskie wychowanie odpowiednio mnie na tę przygodę zahartowało.

A teraz parę fot kulinarnych:
/>

na grzybowej kolacji (na zdjęciu szef i szefowa)


dowód na to, że Chińczycy nawet pierogi podrabiają


oraz mix koreańsko-chińsko-japoński


i krótka instrukcja obsługi piwa z siatki



XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

A teraz z cyklu "Mao patrzy"


kontynuacja wielkiego przeboju o cykadach, tym razem w prowincji Shandong


w roli głównej lokalny przysmak podchodzący pod smak kurczaka


tyle, że bardziej chrupiący.

3 comments:

Wanda Rutkiewicz said...

Jejku, piwo z siatki!!!!???? Czemu?!

Anonymous said...

ja bym sie bardziej nie przekonala do smazonych robakow. picie w worku, za czasow podstawowkowych pokolenia osiemdziesiat, sprzedawano w sklepikach szkolnych i cieszyly sie duza popularnoscia. ale wszystko zalezy od punktu siedzenia i otwartosci umyslu. andrzej ma umysl, jak widac, otwarty. i paszcze...

Wanda Rutkiewicz said...

aaaeeeeee...
co to ja chciałam, acha:
wiesz co, tak sobie myślę, że każdy naród ma takie słowo, które nie zawsze działa w praktyce, ale za to ma nieproporcjonalnie efektowny PR. Jak ta chińska "harmonia".

Na przykład Polacy mają "solidarność", Francuzi "elegancję", a Amerykanie "tolerancję".

Smażone robaki lepsze niż picie w worku, bo bardziej poręczne.